Żeby się chciało

Zaktualizowano: 24 mar 2020

Czas noworocznych postanowień dawno minął. Jeśli nie weźmiesz się za siebie teraz, to kiedy?

Istnieje wiele powodów, aby wrócić do treningu, ale to tylko pozory. Jeszcze więcej jest motywów, dla których lepiej nie wychodzić z domu.


Karnet na siłownię pod choinkę. I co dalej? Jeśli w styczniu wypadało pojawiać się w klubie fitness, a luty upłynął w kratkę, to prawdziwym papierkiem lakmusowym jest marzec, gdy okaże się, czy pierwsze oznaki przesilenia wiosennego dają o sobie znać. Tymczasem do lata, które dla wielu jest zwieńczeniem sezonu, jeszcze parę ładnych kilogramów.


Nie idę, bo zimno. Co prawda, jak głosi słynna filmowa kwestia, klimat był zawsze przeciwko nam, ale to jeszcze nie powód, by mówić brzydkie wyrazy. Tym bardziej zamykać się w czterech ścianach. Pobudka z zimowego snu może na początku wydawać się bolesna, tyle że później będzie już z górki. Po tygodniu łapie się pierwszy oddech.


Samotność długodystansowca. Była taka książka. Po zimie warto zacząć od sprawy najprostszej, czyli truchtu i jednostajnego biegu. Najpierw kilometr, kolejno dwa, trzy lub na czas. Dobrym pomysłem będzie obiegnięcie osiedla czy dzielnicy w pierwszej połowie kwietnia, gdy przyroda budzi się do życia, a biegacz razem z nią. Poza tym w kwietniu nie ma już smogu.


Bez względu na długość przerwy w treningu, ale załóżmy zdroworozsądkowo, że chodzi o okres od przerwy świątecznej do teraz, powrót do niedawnej dyspozycji powinien zająć ok. 4 tygodni. Rzecz jasna, wymagane jest stopniowanie wysiłku i progres połączony z dietą. Bez tego ani rusz.


Najlepiej też, gdyby regularne wizyty na siłowni nie stanowiły celu samego w sobie, a jedną z metod utrzymania kondycji na poziomie. Stąd hasło: siła w klubie, wytrzymałość w terenie.


Biegając, trzymam się w miarę jednej trasy – wzdłuż rzeki, kładką, między drzewami, przez tory kolejowe, kawałek tuż przy szosie głównej, a po drodze podciąganie na idealnie poziomej gałęzi drzewa. Na szczęście nikt go jeszcze nie ściął.