Branża fitness - powrót liczony w latach.


Zamknięte siłownie, odwołane treningi w klubach i problemy z utrzymaniem lokali. Branża fitness, jedna z największych gałęzi sportu i rekreacji, została poturbowana przez pandemię koronawirusa. Już teraz wiadomo, że po pandemii branża ta będzie w Polsce zupełnie inna. Pytanie, czy w ogóle się podniesie. W tym kontekście chiński przykład jest bardzo niepokojący.



Ponad cztery miliardy złotych - tyle wynosi roczny przychód siłowni i klubów fitness w Polsce. Ponad trzy i pół tys. placówek, niemal 80 tys. pracowników i cztery miliony klientów. Branża fitness to potężna część rynku. Rynku, który przez pandemię koronawirusa nie tylko został zamrożony, ale bardzo mocno poszarpany. Tak mocno, że wątpliwe jest, by nawet po pandemii wrócił do dawnej formy.


"Epidemia zdezaktualizowała wszystkie trendy i oczekiwania w tym sektorze gospodarczym. Branża sportowo-rekreacyjna przeżywa załamanie ze względu na konieczność zamknięcia wszystkich obiektów. Ponadto odczuwa destrukcyjny wpływ innych czynników oddziałujących na sytuację gospodarczą w kraju, począwszy od zmniejszenia popytu inwestycyjnego, przez tempo wzrostu PKB, po decyzje zakupowe konsumentów" - czytamy w raporcie o stanie polskiej branży sportowo-rekreacyjnej przygotowanym przez Federację Pracowników Fitness.


"Powrót liczony w latach". W Chinach wróciło zaledwie kilka procent klientów

Nawet jeśli w jakiś sposób kluby zdołają zatrzymać część klientów, i tak będą musiały przygotować się na to, że ich branża po pandemii będzie wyglądać zupełnie inaczej. Doskonale pokazuje to przykład Chin. Tam teoretycznie wszystko działa już normalnie. Praktycznie sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej - choćby kina właściwie nie odczuły tego, że znów zaczęły działać. Do nich wróciło na razie zaledwie kilka procent klientów. Podobnie może być z innymi obiektami publicznymi, m.in. siłowniami. I podobnie może być w Europie.


Jak twierdzi Qichacha, która prowadzi chińską bazę danych biznesowych, branża fitness została tak mocno dotknięta przez koronawirusa, że więcej firm w tej branży zamknęło się w pierwszych trzech miesiącach roku niż w całym 2015 roku.


Klienci znaleźli alternatywne formy treningu?

Wynika to jednak nie tylko ze strachu, który po pandemii zostanie w wielu z nas, lecz także z tego, że ludzie zapoznali się z alternatywnymi formami treningu, zazwyczaj tańszymi i dużo bardziej dostępnymi. Okres zamknięcia siłowni to złoty okres dla właścicieli aplikacji oferujących instruktaże treningowe kalisteniki, czyli dziedziny skupiającej się na wykonywaniu ćwiczeń z wykorzystaniem ciężaru własnego ciała. Aplikacje te oferują kilkunastominutowe treningi, których wykonywanie cztery-pięć razy w tygodniu może przynieść podobne wyniki (oczywiście nie chodzi tu o sportowców wyczynowych) co treningi w klubach fitness. Do tego dochodzą wspomniane sprzęty domowego użytku, na których także wystarczy poćwiczyć kilkanaście minut dziennie.


Miesięczny dostęp do wspomnianych aplikacji kosztuje około 30-40 zł. Rocznie daje więc to maksymalnie 500 zł, czyli tyle, ile siłownia średnio kosztuje przez kwartał. Gdy doliczy się do tego zainwestowanie w średniej klasy rower stacjonarny, który można kupić za około 800 zł, łączny koszt wynosi zaledwie 1300 zł. Rocznie daje to więc podobną kwotę co siłownia, ale sprzętu po roku nikt użytkownikowi przecież nie zabiera. Tych, którym spodobają się kilkunastominutowe treningi w domu bez konieczności poświęcania czasu na dojazdy, trudno będzie z powrotem namówić na siłownię. Nawet przez kuszenie sporymi promocjami.


"Analizy rynków i zachowań konsumenckich wskazują, że zniesienie zakazów i otwarcie klubów nie przełoży się od razu na odzyskanie skali działalności i przychodów sprzed pandemii - wprost przeciwnie, martwy sezon letni i wytworzona przez wirusa wśród ludzi nieufność wobec przebywania w skupiskach ludzkich oraz w zamkniętych obiektach spowodują, że obiekty sportowo-rekreacyjne będą odczuwać skutki zamknięcia przez wiele miesięcy po ich formalnym otwarciu, a powrót do wcześniejszej aktywności będzie liczony nie w miesiącach, lecz w latach" - twierdzą przedstawiciele Federacji Pracodawców Fitness.


Takiej luki nie sposób odrobić

Już teraz wiadomo, że duża część wspomnianych klubów pandemii po prostu nie przetrwa. Szczególnie te, które nadal muszą ponosić całość kosztów związanych z wynajmowaniem lokali, co czasami zżera nawet trzy czwarte miesięcznych dochodów. Dochodów, których teraz nie ma. Z takiej sytuacji obronną ręką wychodzą więc jedynie kluby, które działają w galeriach handlowych objętych rządową tarczą antykryzysową. Takie siłownie i kluby stanowią jednak zaledwie 20 proc. rynku, pozostałe skazane są na łaskę właścicieli lokali.

Nadzieją, przynajmniej dla części klubów, mogą być dodatki na tzw. postojowe, ale wiadomo jednak, że nie wszyscy je otrzymają. To natomiast spowoduje zwolnienia. Szczególnie osób, które zatrudnione są na umowy-zlecenia i umowy o dzieło, co w branży fitness, podobnie zresztą jak w wielu innych, jest codziennością.


Brak przychodów to nie wszystko. Kluby muszą zwracać pieniądze

Codziennością staje się także przenoszenie siłowni do domów. Poza tym, że firmy kurierskie ledwo nadążają z dostarczaniem trenażerów, rowerów eliptycznych i stacjonarnych, bieżni czy innych akcesoriów, same siłownie próbują ratować się działaniami online. Wiele z nich przenosi swoje programy do sieci, gdzie posiadaczom karnetów i członkom klubu oferują treningi, instruktaże czy konsultacje ze specjalistami. Niektóre kuszą nawet dietami. Jak czytamy jednak w raporcie, kanał online czy kupowanie treningów nie zastąpi przychodów ze "zwyczajnego" działania siłowni.


Zajęciami online ratują się zresztą nie tylko siłownie, lecz także inne organizacje sportowe, m.in. kluby sportów walki, które także decydują się na prowadzenie treningów online, podczas których trenerzy łączą się z podopiecznymi za pomocą wideokonferencji. Wszystko oczywiście po to, by nie stracić klientów, którzy mają prawo odstąpienia od umów.


Wiele siłowni i klubów działa na zasadzie miesięcznych karnetów, które opłacane są raz na 30 dni. W tzw. sieciówkach jest inaczej. One często oferują klientom nawet roczne umowy - dzięki nim miesięczny koszt jest mniejszy, ale klient zobowiązuje się do płacenia rat przez 12 miesięcy, nawet jeśli w trakcie trwania kontraktu nie pojawi się na siłowni ani razu.


W czasie pandemii i zamknięcia klubów fitness sprawa wygląda nieco inaczej. Zgodnie z regulacjami tarczy antykryzysowej, dotyczącymi obszaru kultury fizycznej, w przypadku zerwania umowy, czyli zażądania przez klienta zwrotu pieniędzy, siłownia musi zwrócić je w ciągu 180 dni. Jeśli tego nie zrobi, będzie ponosić konsekwencje prawne. W przypadku umów na kilka miesięcy oznacza to więc konieczność ich rozwiązywania. Potencjalny odpływ osób, które miesięcznie opłacają swoje członkostwo, może być dla siłowni dobijającym ciosem.


W Polsce z siłowni i klubów fitness korzystają ponad cztery miliony osób. Milion to posiadacze kart benefitowych, zazwyczaj opłacanych w zakładach pracy. Koszt każdej to 100-120 zł (pracownik często ponosi jedynie część tej kwoty, resztę dopłaca za niego firma). Do tego dochodzą dwa-trzy miliony osób, które do siłowni i klubów uczęszczają na innych zasadach, wpłacając jednak podobne miesięczne kwoty. Razem daje to ponad 300 mln zł przychodów miesięcznie, a rocznie niemal cztery miliardy. Wymarcie takiego rynku to potężny cios dla gospodarki.



Kasia Skowrończyk
źródło: sport.pl