Co jeść w 2019 roku?

Aktualizacja: 24 mar 2020

Pojęcia typu trendy i fashion już dawno – i dosłownie – wyszły z szafy. Teraz moda dotyczy wielu innych dziedzin życia, w tym jedzenia. Co jeść, aby być na topie?

Żeby wiedzieć i być na czasie, najlepiej zajrzeć na ulicę.


W kwestii jedzenia wystarczy obserwacja (nawet z zewnątrz) lokali serwujących dania – na tym etapie następuje pierwszy podział – pod względem kraju pochodzenia.


Włoskie i amerykańskie żarcie to wciąż numer jeden, ale do głosu dochodzą kuchnie z innych rejonów świata. W większych ośrodkach miejskich trwale zadomowiły się knajpy gruzińskie, japońskie czy niemieckie. Ta specyfika dotyczy pochodzenia dań, bo nie wszędzie szefem kuchni musi być Wietnamczyk z Wietnamu. W końcu polskie gyrosy sprzedają się przyzwoicie.


Burger raz!

Moda na hamburgery, przypominające zresztą swojskie mielone, przywędrowała nad Wisłę w latach 90. ubiegłego wieku, ale z czasem ten największy symbol fastfoodu nieco spowolnił, co doprowadziło do powstania sieci autonomicznych burgerowni.

Zasada od początku była prosta: posiłek sprowadza się do bułki z kotletem i frytek, ale całość ma być przygotowywana znacznie staranniej. Do tego mile widziane regionalne pochodzenie składników począwszy od zaprzyjaźnionej piekarni czy masarni, a na manufakturowej produkcji sosów kończąc.

Burgery są przy tym większe i ze względu na swoje rozmiary, niejadalne „w biegu”. Z marketingowego punktu widzenia (produkty eko, sposób podania) wyparły popularne niegdyś knysze, pity i zapiekanki – obowiązkowe pozycje w przydworcowych budkach. Udało się też burgerowniom wykroić swój kawałek tortu kosztem lokali serwujących kebab, czyli potrawę kojarzącą się z Turcją i Grecją, a powstałą w… Berlinie.


Pomysł na hummus

Jeszcze parę lat temu nazwy niektórych warzyw brzmiały dość egzotycznie. Kto słyszał o topinamburze, jarmużu czy choćby batatach?

Teraz to norma, a normą jest to, co można dostać na straganie. Samodzielne skomponowanie produktów na sushi to dziś jednorazowa wizyta w większym lub wyspecjalizowanym sklepie. Zresztą, słynna japońska potrawa jest w kraju pochodzenia zwykłą przekąską. Może w Japonii za elitarne danie uchodziłby schabowy z ziemniaczkami i zasmażaną kapustą? Konieczne byłoby zachowanie oryginalnej nazwy dla wzmocnienia efektu.


Moda na wege spowodowała z kolei wzrost zainteresowania kuchnią orientalną. Do tego stopnia, że humus jest dziś produktem niemal pierwszej potrzeby, a przy tym łatwo dostępnym. Ale sama moda jest potrzebna – właśnie po to, aby poznać (i zacząć sprowadzać) produkty lub gotowe potrawy obecne od wieków w innych częściach świata.


Według ekspertów trendy w 2019 roku będą opierać się na kozim serze, wegetariańskich wędlinach i sardynkach, przy niesłabnącym powodzeniu kawy z dripa czy japońskiej zupy ramen.


Jedzeniowy terror

Moda modą, ale trzeba pamiętać o zdrowym rozsądku. Tak to już bywa, że każda fascynacja ma swoich zagorzałych zwolenników. Chcąc być bardziej papiescy niż sam papież, popadają w skrajność.

Przykład: liczenie kalorii i bycie na wszelką cenę fit. A gdzie przyjemność z jedzenia? Całe zjawisko nazywa się food shaming. Naczelną rolę odgrywa wygląd „sterroryzowanego”, który zrobi wszystko, by nie jeść albo jeść w taki sposób, który rzekomo nie doprowadzi do nabrania wagi.


Nietolerancja laktozy czy glutenu i inne żywieniowe strachy są pożywką dla całej branży gastronomicznej, która dostosowuje menu do coraz węższej grupy odbiorców – licząc na ich lojalność. Oczywiście, w niektórych przypadkach nietolerancja jest medycznie zdiagnozowana, ale w większości przypadków jakakolwiek alergia jest sztucznie nakręcana także przez media (blogerów, programy kulinarne, wysyp literatury specjalistycznej itp.).


Niezależnie od mody dobre jedzenie nigdy z niej nie wyjdzie. Tak jest z klasyczną marynarką i tak będzie z ręcznie lepionymi ruskimi ze skwarkami i chłodnym kefirem.