Fala bankructw i zwolnień w branży fitness.


Oczekujemy od państwa otwarcia obiektów fitness najpóźniej od soboty oraz planu finansowego wsparcia; w przeciwnym razie nastąpi fala bankructw i zwolnień w branży zatrudniającej 150 tys. osób - podkreślali przedstawiciele Polskiej Federacji Fitness, Saturn Fitness oraz Xtreme Fitness Gyms.



Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów od minionej soboty w całym kraju została zawieszona działalność basenów, aquaparków, siłowni, klubów, centrów fitness z wyłączeniem placówek, które m.in. prowadzą działalność leczniczą czy współorganizują zajęcia sportowe dla szkół i uczelni. Zakazana jest także działalność saun, łaźni tureckich, parowych, solariów, salonów odchudzających i salonów odchudzających i salonów masażu.


W poniedziałek kierownictwo resortu rozwoju, pracy i technologii (MRPiT) przeprowadziło konsultacje z przedstawicielami branży fitness. Relacjonując przebieg tych rozmów, MRPiT zapewniło w komunikacie, że chce możliwie szybko odmrozić m.in. działalność basenów i siłowni.


W wywiadzie udzielonym dla serwisu wp.pl Tomasz Napiórkowski podkreślał:


Cierpliwość naszych klientów jest ograniczona. Tydzień, dwa może wytrzymają, ale potem może nastąpić fala rezygnacji, wypowiadania abonamentów, co będzie w pełni zrozumiałe. Jak otworzymy się szybko, unikniemy tego scenariusza i pogłębienia się kryzysu w naszej branży. Ten kryzys już i tak jest, bo po pierwszym lockdownie straciliśmy 40 procent klientów. Jeśli teraz znowu mielibyśmy stracić prawie połowę z tego, co udało się zachować, będzie bardzo źle - zapewniał prezes PFF.

Tomasz Napiórkowski zapytany przez dziennikarza o to co się stanie jeżeli spełni się czarny scenariusz i dojdzie do zamknięcia na dwa miesiące, odpowiedział krótko i treściwie:


Będziemy musieli się liczyć z falą bankructw i zwolnień.


"Lockdown po raz drugi"

Prezes Saturn Fitness Adam Żerkowski mówił, że jego branża potrzebuje też wsparcia ze strony państwa, gdyż bez tego upadłości nie da się uniknąć nawet po szybkim wznowieniu działalności. - Jesteśmy dotknięci lockdownem po raz drugi. Fala rezygnacji, która już się rozpoczęła od marca, cały czas nas nęka. Teraz poszedł komunikat po raz kolejny, że kluby fitness, pływalnie są niebezpiecznymi miejscami. Nie jesteśmy w stanie przetrwać, zapłacić kredytów, wypłacić pensji, opłacić czynszu, leasingu i innych kosztów stałych - mówił Żerkowski.

Zwrócił uwagę, że są to "olbrzymie koszty", rzędu 100-120 tys. zł miesięcznie w przypadku klubu o powierzchni ok. 1000 m2. Żerkowski zaznaczył, że miesięczne abonamenty są obniżane do kilkudziesięciu złotych, żeby tylko "aktywizować społeczeństwo", które jego zdaniem wciąż jest zbyt mało aktywne sportowo. Poinformował, że z usług fitness korzysta teraz 3 mln osób.


Branża oczami trenerów

Według instruktorki fitness i trenerki personalnej Kamili Nowowiejskiej, drugi lockdown zaskoczył wszystkich - klientów, instruktorów, czy recepcjonistki. - Mamy kredyty i inne zobowiązania. Mamy rodziny, które musimy wyżywić. Opiekujemy się naszymi klientami, jak własnymi dziećmi. Żądamy niezamykania naszej branży - podkreśliła. Przedsiębiorcy oczekują ponadto przedstawienia "racjonalnych" powodów drugiego lockdownu, czego ich zdaniem nie zrobili w poniedziałek przedstawiciele GIS. "Jedyny argument, jaki usłyszeliśmy, to ograniczenie kontaktu społecznego, który jak wiemy, jest wszędzie. Jeżeli mielibyśmy kierować się tylko taką argumentacją, musielibyśmy zamknąć wszystko" - zauważył Napiórkowski.


Kasia Skowrończyk
źródło: materiały prasowe