Toksyczne suplementy


Co czwarta emitowana w telewizji reklama dotyczy suplementów diety. Reklamowane tabletki zażywa prawie trzy czwarte Polaków w wieku od 50 do 70 lat. Dzięki agresywnej polityce specjalistów od marketingu w 2020 roku wartość rynku suplementów sięgnie 5 miliardów.

Czy Polacy to lekomani?



Suplementy diety to jeden z najprężniej rozwijających się rynków. Statystyczny Polak kupuje rocznie 6 opakowań i wydaje na to 100 złotych. To sprawia, że rynek wart jest 3,5 miliarda złotych. Ma też ogromne prognozy rozwoju. Badania pokazują, że wielu z nas nie odróżnia substancji leczniczej od suplementów, choć teoretycznie suplement jest środkiem spożywczym i nie można go umieścić nawet w kategorii witamin czy minerałów. Zdaniem NIK-u problemem są reklamy, które utrwalają często przekaz o uzdrawiających właściwościach danej substancji.


NIK zwraca także uwagę na problem oszukańczych praktyk, jakie stosują producenci i dystrybutorzy, którzy - kreując popyt - reklamują nierzadko suplementy jako równoważne produktom leczniczym. NIK wskazuje, że dzieje się to przy biernej postawie organów państwa i ostrzega, że taki stan może rodzić zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów.


Podstawowy problem, to kontrola rynku. Okazuje się, że Główny Inspektor Sanitarny, który odpowiada za sprawdzanie czy suplement może trafić do konsumentów był bierny, a rynek rozwija się w takim tempie, że nie jest w stanie skontrolować nawet jego części. Wystarczy powiedzieć, że dziennie jest zgłaszanych średnio 30 nowych suplementów. Do kontroli wyznaczonych jest 7 osób, które oprócz tego mają też inne obowiązki. Przepisy są jednoznaczne, żeby wprowadzić suplement na rynek wystarczy go zgłosić. Potem to organy inspekcji sanitarnej muszą sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.


Realia są jednak takie, że od wprowadzenia suplementu na rynek do rozpoczęcia procedury sprawdzającej mija średnio osiem miesięcy. Nie oznacza to wcale, że po tym okresie wiadomo, czy substancja powinna być sprzedawana. Wtedy dopiero rozpoczyna się procedura, która trwa i trwa....


Średni czas trwania weryfikacji powiadomień wynosił 455 dni (maksymalnie 817 dni). Postępowania wyjaśniające wszczęte we wcześniejszym okresie, tj. w latach 2009-2010 trwały blisko 2.300 dni (ponad 6 lat), przy czym najdłuższe z tych postępowań - ponad 3.100 dni (ok. 8,5 roku).


Rynek suplementów diety rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie. W 2015 r. Polacy wydali na suplementy diety 3,5 mld zł, kupując blisko 190 mln opakowań. Statystyczny Polak więc nabył sześć opakowań suplementów diety, wydając na nie ok. 100 zł. W rejestrze Głównego Inspektoratu Sanitarnego od 2007 r. wpisano łącznie blisko 30 tys. produktów zgłoszonych jako suplementy diety. Badania wykazują, że rynek ten w latach 2017-2020 będzie rozwijał się w tempie ok. 8 proc. rocznie.


foto źródło: Raport PMR


Na dynamiczny rozwój rynku suplementów diety niewątpliwy wpływ ma ich reklama.Z danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji  wynika, iż od 1997 r. do 2015 r.  liczba reklam z sektora produktów zdrowotnych i leków (w tym suplementów diety) wzrosła blisko dwudziestokrotnie,  podczas gdy ogólna liczba reklam tylko trzykrotnie.



Bakterie kałowe w probiotykach

Inspektorzy GIS-u, którzy i tak są ogromnie obciążeni pracą i nie mają funduszy na badania uznali, że suplementy są bezpieczne jeśli konsument stosuje się do informacji umieszczonych na opakowaniu. Tym samym nie wykonali w ogóle kompleksowych badań prób suplementów pod kątem zgodności faktycznego składu suplementu ze składem umieszczonym na opakowaniu.

Jak bardzo się mylili pokazały dopiero kontrole NIK-u. Zaznaczmy, że probiotyki użyte do badania kontrolerzy zakupili w aptece!


Na jedenaście badanych prób, w czterech próbkach suplementów diety z grupy probiotyków stwierdzono obecność niewykazanych w składzie szczepów drobnoustrojów. Również w czterech próbkach poddanych badaniu stwierdzono niższą, niż deklarowana na opakowaniu, liczbę bakterii probiotycznych. Co więcej, w jednej próbce wykryto zanieczyszczenie produktu - obecność bakterii chorobotwórczych z grupy Enterococcus Faecium, czyli tzw. bakterii kałowych.

Ich obecność stwarzała poważne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów.


Podkreślić należy, że nawet przy tak niewielkiej skali badań zleconych przez Najwyższą Izbę Kontroli, odsetek produktów zawierających niekorzystne dla zdrowia składniki jest bardzo wysoki.


Z kontroli wynika też, że nawet deklarowane działanie suplementów jest mocno dyskusyjne. Narodowy Instytut Leków oceniał zawartość żywych bakterii probiotycznych w suplementach w różnych okresach określonej przez producenta przydatności do spożycia.


Na 56 badanych próbek - stabilności liczby żywych bakterii nie posiadało aż 50 próbek (89 proc.). Wraz z upływem czasu, jeszcze w okresie przydatności do spożycia, następował dynamiczny spadek liczby żywych komórek bakterii.


GIS zawodził też na polu kontroli własnych jednostek, które miały wycofać z obrotu niedozwolone substancje. Z wybranych do kontroli 45 suplementów diety, które nie powinny być wprowadzone do obrotu z uwagi na zawartość niedozwolonych składników, aż 38 w czasie prowadzenia badań kontrolnych przez NIK znajdowało się w sprzedaży internetowej.


Wszystkie te suplementy zawierały substancje niebezpieczne, które zdaniem ekspertów NIK-u mogły wykazywać właściwości alergenne i rakotwórcze, powodować zakażenia dróg oddechowych i moczowych, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, przyczyniać się do powstawania ropni, zapalenia wsierdzia, osierdzia, czasami zatruć pokarmowych.


Szokujące jest to, że GIS otrzymał informacje na ten temat, a mimo to nie zrobił prawie nic by konsumentów chronić. 33 z kwestionowanych 38 suplementów diety na początku lutego nadal znajdowało się w sprzedaży internetowej i zawierało szkodliwe substancje.


Główny Inspektor Sanitarny przez cztery miesiące nie reagował nawet wtedy gdy otrzymywał informacje, że w suplementach z grupy tzw. „spalaczy tłuszczu” znajduje się substancja podobna w działaniu do amfetaminy. A oto fragment raportu:

Podjęte (już w trakcie kontroli NIK) działania spowodowały wycofanie z rynku jedynie 316 opakowań tego produktu, podczas gdy łącznie od 2012 r. tylko jeden importer rozdystrybuował ponad 10 tys. opakowań (tj. ponad 900 tys. tabletek) tego suplementu.

Co dzieje się z pozostałymi opakowaniami suplementu nie wiadomo. Warto dodać, że substancja w nim zawarta jest wymieniona w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.


Pigułka gwałtu między suplementami

Kontrolerzy NIK-u i policja przekonały się też, jak trudne jest ściganie handlu w internecie. Sprawdzając jeden z niepokojących serwisów z suplementami trafili na szokujące odkrycie opisane w raporcie

W trakcie przygotowywania niniejszej kontroli NIK doszło do jednostkowego, ale symptomatycznego dla funkcjonowania rynku zdarzenia. W marcu 2016 r. na jednej ze stron internetowych oferujących suplementy diety w kategorii „Moda i zdrowie/Medycyna”, dostępne było ogłoszenie oferujące substancję, zwaną potocznie pigułką gwałtu. Najwyższa Izba Kontroli poinformowała o tym fakcie Policję, która ustaliła m.in., że adres e-mail, z którego zamieszczono ogłoszenie należy do serwisu zajmującego się anonimizacją danych, uniemożliwiającą identyfikację właściciela skrzynki pocztowej, zaś właścicielem serwisu jest operator z Izraela. Operator ten poinformował Policję, że nie ma możliwości ustalenia konkretnych danych, gdyż nie przechowuje logowań swoich klientów. Ogłoszenie to jest dostępne w sieci internetowej od grudnia 2015 r. i cyklicznie „odświeżane”.

Urzędnicy się poddali

Kontrola NIK-u oprócz nieprawidłowości na samym rynku sprzedaży suplementów pokazuje przede wszystkim bierność urzędniczą. GIS robił nie wiele by sprawdzić jak rynek działa i co kupują konsumenci w aptekach, w sklepach z suplementami i w internecie. W Głównym Inspektoracie Sanitarnym nie monitorowano też interakcji i działań niepożądanych stosowania suplementów diety. Z opinii biegłego wynika, że nieodpowiedzialne stosowanie suplementów diety może stanowić zagrożenie wynikające. Zdarzają się przedawkowania, niepożądane interakcje między składnikami suplementów, a przede wszystkim ze składnikami leków.

Rażące zaniedbania NIK przypisuje tez ministerstwu zdrowia. Po pierwsze nie zapewniało środków i warunków do kontroli suplementów, po drugie nie nadzorowało tego procesu. Minister już w 2014 roku otrzymywał sygnały, że potrzebna jest zmiana prawa, która umożliwi GIS sprawniejsze działanie.



Filip Przybylski
źródło: NIK
Raport PMR